Dziecko obdarowuje sobą rodzinę. Jest darem dla rodzeństwa i dla rodziców. Dar życia staje się równocześnie darem dla samych dawców. Nie mogą nie odczuć jego obecności, jego uczestnictwa w ich życiu, tego, co wnosi do dobra wspólnego małżeństwa i wspólnoty rodzinnej”.

                                                                                                                                        Błogosławiony  Jan Paweł II


WASZE REFLEKSJE... (listy od rodzin)       CZĘŚĆ 1
 

           Słowo się rzekło, mam skreślić parę słów. Zadanie trudne. Natchnienia jakoś nie było. Może dzisiaj, gdy za oknem wicher goni niskie chmury, do których oszalałymi falami próbuje sięgnąć wzburzone morze. W uszach dźwięki „Meddle” Pink Floyd, z tyłu załoga gra w bingo a do domu kilka tysięcy kilometrów lotem kruka. Niełatwe zadanie przede mną, ale nikt nigdy nie obiecywał, że będzie łatwo. Gdzie zacząć?... może tu:

...”Życiorys też?”

Decyzje zapadły, maszyneria poszła w ruch. Dokumenty, badania, zaświadczenia. Złożyć – poczekać. Pierwszy krok, testy i rozmowa z psychologiem. Jak je przejść? W internecie jest tysiące hm... dobrych rad, udzielanych przez tych, którzy podobno już to przeszli. Jak mi każą narysować to legendarne drzewo, to chyba wyjdę. Z rysowania drzewek, to się można najwyżej dowiedzieć, czy delikwent ma zdolności plastyczne, a i to niekoniecznie, zważywszy w którą stronę podąża współczesna sztuka. Ja Matejką nie jestem. Sztywny kark boli na samą myśl o jakimś ruchu. „Dobre rady” puszczam mimo uszu. Nie tędy droga. To nie rozmowa o pracę. To coś ważniejszego. Trzeba być sobą. A jeśli się nie spodobasz?Trudno. Rany cięte goją się szybciej niż szarpane. Żona stale prowadzi obróbkę ze skrawaniem na mojej osobie, bym jednak to drzewo, jakby co narysował, bo to podobno jazda obowiązkowa.

Spotkanie z panią psycholog. Ponoć pierwsze kilkadziesiąt sekund decydują o tym, czy przypadniemy świeżo poznanej osobie do gustu, czy nie. Zawsze jakoś trudno mi w to było uwierzyć, zwłaszcza, że według tej tezy, kilka ciekawych przyjaźni nie miało prawa zaistnieć w moim życiu. Na pierwszy ogień idą testy. Ach testy! Cudowne narzędzie przycinające do szablonu. Czyż jednak nie to w człowieku jest piękne i ciekawe, co wystaje poza szablon? Gdyby chodziło tylko o szablon, to każdego z nas można by z czasem dociąć do „żył i umarł”. A może takie myślenie to tylko przejaw miłości własnej? Może wszystko da się ponumerować? Inżynier zapyta... O żonę się nie martwię, poradzi sobie dziewczę lepiej niż ja. Coś mi się wydaje, że ona ma więcej zmartwień o mnie.


Rozmowa. Indywidualna. Interesująco jest obserwować profesjonalistę przy pracy. Zadanie domowe z analizy życiorysu odrobione. „Testy oczywiście są jakimś tam przybliżeniem i nie należy...” Hehe. Tak oto rozmówca ani się spostrzeże, gdy zabierze zupełnie obcego do niedawna człowieka w przechadzkę po ogrodzie swojego życia. Tu razem zajrzą do ulubionej skrytki z dzieciństwa, tam przyłączą się do wspólnego rodzinnego spaceru. A tu? Cóż to leży pod tym kamieniem? Rozmowa będzie długa, choć bez ścierania się argumentów, czy ognistej wymiany poglądów. Nie będzie też oceny postaw. Pani psycholog na prawdę potrafi słuchać. Tu rzuci pytanie, tam słowo zachęty. Jest tu przede wszystkim dla dobra dzieci, kandydatom na potencjalnych rodziców jest przychylna. Wyniki testów zostaną przedstawione. Po prostu.
Bez oceniania czy są dobre, czy złe. Następnie czekamy na dalsze decyzje. Za jakiś czas dowiemy się czy wypadliśmy dostatecznie dobrze. Czy wspominałem już, że drzewka nie było?

Jakoś się udało. Zakwalifikowaliśmy się do kolejnego etapu. Wywiad w miejscu zamieszkania. Tak drogi czytelniku.
Zgadłeś. Żona zarządza wielkie porządki. Tutaj powinno pójść gładko. Dom może nie najpiękniejszy, może nie
najnowocześniejszy, ale spory, własny i bez kredytu. Pomyśleć, ile to było kiedyś dyskusji i rodzicielskiego przekonywania, aby prezent ten raczył przyjąć młodzieniec, który za szczyt niezależności uważał zaprzedanie się na trzydzieści lat w pańszczyznę bankom. Mój Boże! Każdy jest zadowolony ze swojego rozumu, nikt ze swojego szczęścia. Pni pedagog, zapyta, obejrzy, wypełni formularz. Wszystko z uśmiechem i w przyjacielskiej atmosferze.

Na tym kończą się formalności wymagane przez prawo, przynajmniej na pierwszym etapie.
Dalej już autorska „Szkoła Żmiącka”.

Spotkanie organizacyjne. Jeszcze w Krakowie. Nieznane twarze ludzi, których los postawił na wspólnej drodze. Trochę jeszcze spięte, trochę niepewne. Niektórzy z nas po raz pierwszy publicznie poza rodziną występują w takiej roli. Wzajemna prezentacja i dwa wnioski. Pierwszy: Świat jest mały. Drugi: Geodezja szkodzi. Zagęszczenie geodetów na metr kwadratowy niczym na auli w C-4. Wprowadzenie, kilka ogłoszeń, instrukcja dojazdu na miejsce i w najbliższy weekend spotykamy się w Żmiącej.

Trzask zamykanych drzwi samochodu pozostawia za nami znany nam dotąd świat. Wkraczamy w wielką niewiadomą. Kompleks budynków, huśtawki zjeżdżalnie, boisko. Dzieci są tutaj na swoim terenie. Dla nich to nie pierwszyzna. Oto przybyło nowe stadko cioć i wujków do przetestowania. Błyskawicznie skracają dystans. Cap za rękę. „Wujek narysuj mi śmieciarę” Rany Boskie! A ja drzewka nie chciałem rysować. Widzę ten błysk w oku mojej żony. „No co jest wujek?
Kredka w dłoń i rysujemy.” Tylko nie panikować. W zasadzie to jak wygląda śmieciarka?
Dzieciaki bawią się dobrze. My póki co, próbujemy się w tym wszystkim połapać. Małżonka radzi sobie. To dla niej nie pierwszyzna. Mija parę godzin i nie wiedzieć kiedy, ciocie już zdążyły sobie nawzajem poopowiadać historie całego życia. Wujkowie? Jak to wujkowie. Uścisk dłoni „Cześć” „Cześć” ...i wszystko jasne.

Czas zabaw i spacerów przeplatany jest wykładami. W sobotę wieczorem przed snem, żmiącką tradycją, wszyscy spotykamy się przy świecach na podłodze w jadalni. Siedzimy na przyniesionych dywanikach na każdym kolanie po dwa dzieciaki. Razem się modlimy. Kto umie, ten śpiewa. Ciocia Kasia zawsze coś ciepłego powie. Nie wiem skąd przychodzi wspomnienie małego chłopca siedzącego zimą w kręgu światła płomieni wesoło buzujących w piecu kaflowym. Z zadumy wyrywają zdrętwiałe pod obciążeniem obie nogi. Małżonka przytulona do ramienia. Rodzinnie jest. Elektryzującym maluchy punktem jest zdmuchnięcie świec. Dokonać tego mogą tylko najgrzeczniejsze. Potem spać. Dorośli zostają by rozważyć przy herbacie i ciastku wypadki minionego dnia. Wrażeń wiele, więc zmęczenie szybko kładzie dorosłych do łóżek. Jutro też jest dzień i będzie równie zajmujący.

„Niee-dziellaaaa, nieeee-dzieeeeeelaaaaa. Czas radooooościiiii iiiii weee-seeeeelaaaaa...” Głównym punktem tego dnia jest msza odprawiona w znajdującej się na terenie ośrodka kaplicy, przez żmiąckiego kapelana ojca Janusza. Podczas gdy dzieci się do niej przygotowują, ciocie i wujkowie są na wykładach. Potem wszyscy na mszę, by wysłuchać najbardziej niezwykłego kazania na świecie. Następnie obiad. Posiłki w Żmiącej to temat na osobną historię. W skrócie. Ile jest maluchów i młodszych średniaków, tyle powodów dla których nie da się zjeść do końca tej porcji. Każdy z nas niespodziewanie odkrywa w sobie kopalnie pomysłów, na to jak zachęcić opornego malucha do jedzenia. Zasady są jasne. Zjadamy wszystko. Po skończonym objedzie dzieci wycierają buźki a ciocie i wujkowie pot z czoła. Do podwieczorka mamy czas na zabawy.
Weekend mija wszyscy niezwykle zmęczeni, ale chyba zadowoleni wracają do domów. Za siedem dni Niedziela Palmowa. Mamy z dzieciakami WŁASNORĘCZNIE przygotować palmy na mszę. Jest tydzień na to by się dowiedzieć jak się je robi.
Żeby palmę zrobić, to trza panie umieć. Po pierwsze potrzebny jest materiał. Wujkowie zostali wysłani w tym celu do lasu. Wielkanoc w tym roku późno, bazi już dawno nie ma. Rwiemy co nam pod rękę wpadnie. Wracamy z naręczami habyrdzi”. Zrzucamy nasze trofea na podłogę. Myśmy the krzaki upolowali, to niech teraz ciocie coś z nich upichcą. „Wujek. A czy do robienia palm używa się choinki??” „Używa się. Używa...”

Grupie maluchów przypadła jakaś taka mało uzdolniona manualnie ekipa cioć i wujków. Palmy jakieś takie mało palmiaste. Wyglądają jak coś pomiędzy stroikiem bożonarodzeniowym, a wiązanką nagrobną. Grunt to trzymać fason. Wpada desant starszaków i widząc co wyczyniamy, bierze sprawy we własne ręce. Same, nieproszone zaczynają nam pomagać. Tych palm to się już nie uratuje, ale można przynajmniej na nich dużo bibuły powiesić. Oto Palma! Maluchy chyba tylko z litości biorą te nasze „dzieła” i idą na mszę. Tu widzimy, że starszaki pokazały klasę. Palma jak się patrzy, na oko ze dwa i pół metra. Brawo! Wykazałem się dalekowzrocznością. Moja palma rozłożysta -mogę się za nią schować.

Już się z dziećmi trochę znamy. Wiemy czego się spodziewać. Na wszystko jest więcej czasu, wszystko robi się bardziej naturalne i instynktowne. To pozwala na bardziej świadome rozglądanie się po Żmiącej. Na wykładach słuchamy o problemach sierot społecznych i o tym jak wiele pracy trzeba włożyć, by naprawić skutki tego co się tym dzieciom przytrafiło. Obserwując żmiąckie dzieci wniosek jest taki: Tak, trzeba włożyć bardzo dużo pracy, by tych dzieci po prostu nie popsuć. Kolejny weekend mija na wykładach, spacerach i zabawach. Następne spotkanie za dwa tygodnie, po świętach Wielkiej Nocy.

Święta, święta i po świętach. Jesteśmy wszyscy w komplecie. Dzieci witają nas okrzykami i uściskami. Teraz już rzeczywiście zgodnie ze słowami cioci Kasi czujemy się współgospodarzami tego miejsca. Dzieci znają nas, my znamy dzieci. Tu i tam gdzieś na granicy pola widzenia, błyskają jakieś iskierki. Po wykładach i zajęciach z dziećmi wieczorem jesteśmy jacyś tacy mniej zmęczeni niż zwykle. Jest czas na śpiew, rozmowy, nawet mecz siatkówki. Oprócz nas pojawiają się tutaj także inne rodziny, które już wcześniej przeszły to co my. Dzielą się z nami swoimi doświadczeniami. Historie
są różne. Wszędzie powtarza się jeden motyw. Nasza droga nie jest wyprawą po Złote Runo, a sama adopcja nie jest osiągnięciem Nirwany. To dopiero początek. Potem będziemy musieli pracować, równie ciężko i wytrwale, jak inni rodzice a to, co tutaj robimy to dopiero prolog. Prolog nie prolog trzeba sobie radzić. Właśnie pierwszy raz zobaczyłem moją małżonkę starającą się kopać piłkę. Ha! Ha! Ha!... „Wujek choć! Potrzebujemy kogoś do drużyny, bo będziemy grali mecz!” Wymawianie się, że ostatni raz to w podstawówce, można sobie schować do kieszeni. Gramy! Jako formację taktyczną przyjęliśmy strukturę czambułu tatarskiego, czyli wszyscy na piłkę. Przerżnęliśmy ten mecz sromotnie.

Czwarty weekend. My już stare wygi. Rutyniarze. Cóż mogło by nas jeszcze zaskoczyć?
„Ciociu, wujku, za tydzień mam Pierwszą Komunie Świętą, chciałabym was na nią zaprosić.” I tyś chłopie myślał, żeś twardy...

Pełna gala. Od rana przystrajaliśmy jadalnię, teraz czas się przebrać. Żona wygląda świetnie, ja chyba też nie najgorzej. Chcemy by nasza „komunistka” była z nas dumna. Dziś do Pierwszej Komunii przystąpią dwie dziewczynki z ośrodka. Obie zaprosiły swoje ciocie i wujków. Tak skonstruowana delegacja jedzie na dół do kościoła parafialnego, gdzie odbyć się ma uroczystość. Wszystkie dzieci są pięknie przystrojone i gotowe, lecz my oczywiście nie spuszczamy oka z naszej dziewczynki. Pełne skupienie. Na mnie podczas uroczystości ciążą do wykonania konkretne zadania. Za nic jakąś niezdarnością nie chciałbym popsuć tak ważnego momentu. Po zakończeniu mszy i po zrobieniu pamiątkowych zdjęć wracamy na odświętny obiad do ośrodka. Są życzenia, uściski, upominki.
Ten piękny, radosny i niezapomniany dzień dobiega końca a z nim ostatni piąty weekend w Żmiącej.

 


Nie rozstajemy się na zawsze. Jesteśmy wszyscy zaproszeni do odwiedzin, kiedy tylko chcemy. Będziemy z tego zaproszenia korzystać, zwykle w niedzielę, by spotkać się z dzieciakami, czasem zobaczyć ciocię i wujka z naszej grupy. Tradycyjnie wyruszymy na mszę, by tam posłuchać dziecięcego śpiewu i modlitw. „Ja chciałem się pomodlić za ciocię Kasię” , „Ja za wujka Janka” „Ja za mamę, tatę i babcie”, „Ja chciałam pomodlić się za to, żebym szybko znalazła sobie nową rodzinę” Modlitwa dziecka. Trzeba mieć wiele odwagi, by publicznie i wypowiedzieć te słowa. Jest w nich akceptacja swojej obecnej sytuacji i nadzieja na przyszłość. To na dorosłych ciąży obowiązek, by nie zniszczyć tej nadziei, by modlitwa prosta i szczera nie stała się ciężką próbą.

W Żmiącej udaje się ta sztuka. Dziecko, zanoszące taką modlitwę, któregoś dnia w otoczeniu całej żmiąckiej społeczności, podczas specjalnej uroczystości, stanie naprzeciw tej cioci i tego wujka, którzy przyjeżdżali od wielu miesięcy tylko dla niego i zapyta: „Czy chcesz być moją mamą? Czy chcesz być moim tatą?” Ilu rodziców może powiedzieć, że ich dziecko poprosiło ich o to, by nimi byli? Oto tu stoję mam mało lat, ale proszę was, bo ufam, że powiecie „tak”. Ufam, że się mną
zaopiekujecie. To nie wyście mnie zaadoptowali, to myśmy się w korcu maku dobrali.



Żmiąca szybko się zmienia. Z kolejnymi wizytami spostrzegamy brak którejś roześmianej buźki. Taka nieobecność jest niemym znakiem, że dokonało się coś wielkiego. Cieszymy się, choć radość podszyta jest melancholią. Pewnie się już nie zobaczymy... Trzymajcie się dzieciaki, gdziekolwiek dobry los was skierował.
 

Morze Północne 01.12.2011
 


Nie sposób oddać dokładnie słowami to czego zaznaliśmy z żoną w tym roku przygotowując się do roli rodziców adopcyjnych w domu w Żmiącej. Takiej dozy otwartości, szczerości i życzliwości na co dzień się nie spotyka. Ja osobiście ciągle odnoszę wrażenie, że uczestniczyliśmy w prawdziwym dziele prostowania zawikłanych i wyboistych ścieżek dziecięcego losu, a zarazem formowania uczuć, świadomości oraz postaw przyszłych mam i tatusiów. Ciocia Kasia, wujek Janek i reszta zespołu pozwolili odkryć fundamentalną prawdę mówiącą o tym, że każde dziecko jest z natury swojej dobre, każde dziecko bez wyjątku rozpaczliwie, ponad wszystko pragnie mieć rodziców i wreszcie każde z dzieci do prawidłowego rozwoju potrzebuje rodzicielskiej miłości - miłości potrzebują również dorośli. Bez tej przemiany w rozumowaniu adopcja jest paraliżującym złem koniecznym  i tzw. ostatecznością.
Nie będzie przesadą jeśli powiem, że nasz problem, z którym przyszliśmy do ośrodka w istocie zniknął. To, że nie możemy mieć własnych dzieci zupełnie przestało nas nurtować i uwierać.Teraz jest radość oczekiwania na dzieci... na NASZE dzieci, które wiemy, że zburzą dzisiejszy, poukładany świat, budując zupełnie nowy - taki wypełniony kolorami i światłem. Wiemy to. Wiemy dzięki temu co przeżyliśmy w "domu na wysokiej górze".

Pozdrowienia
BPP

 


Nasza droga z Ośrodkiem Adopcyjno-Opiekuńczym w Krakowie na ul. Rajskiej rozpoczęła się dwa lata temu. Na początku była to swobodna rozmowa, gdzie mogliśmy uzyskać odpowiedzi na wszelkie nurtujące nas pytania. Później składaliśmy potrzebne dokumenty i czkaliśmy na szkolenie. Spotkanie to odbywało się w przyjaznej atmosferze, pełnej zrozumienia i otwartości. Szkolenie, kontakt z dziećmi z Żmiącej rozwiał nasze niepokoje i utwierdził nas w podjętej decyzji. To, że mogliśmy przebywać z dziećmi, rozmawiać, bawić się z nimi – pokazał nam, że są to takie same dzieci jak inne, mające swoje marzenia, radości i smutki dnia codziennego. Nie wyciągały do nas rączek z prośbą o zabawę, a wręcz zachęcały i prowokowały ją swoim zachowaniem. Tuż obok kontaktu z dziećmi mogliśmy zawsze korzystać z rad Pani Dyrektor, Pani Pedagog i Psycholog. Po zakończeniu szkolenia i uzyskaniu kwalifikacji, rozpoczęło się oczekiwanie na tak upragnione dziecko. Miesiące mijały, a my coraz bardziej niecierpliwiliśmy się, tłumacząc sobie iż ciąża powinna trwać dziewięć miesięcy. Oboje byliśmy w pełni gotowi na pokochanie dziecka, które przyjdzie do naszego domu – modliliśmy się o nie codziennie. I tak pod koniec ósmego miesiąca odebrałam ten wymarzony telefon. A później już wszystko potoczyło się błyskawicznie.
Dzięki „Dobrym Aniołom” z Rajskiej – jesteśmy już z Mikołajem ponad cztery miesiące. Słowa nie są w stanie wyrazić tej wielkiej wdzięczności, którą nosimy w sercu.
Ośrodek, jest to miejsce, gdzie spełniają się marzenia, a modlitwy zostają wysłuchane. Jest miejscem osób, które profesjonalizm w tym co robią stawiają na pierwszym miejscu. Jednocześnie obok swej pełnej zaangażowania pracy, równie jest ważne utrzymywanie kontaktu z drugim człowiekiem. Nie ważne, czy to dziecko, czy osoba dorosła, ktoś znajomy czy obcy. Rozmawiając z nimi czujesz się bardzo ważny. Twoje problemy są ich problemami, a późniejsze twoje szczęście - ich szczęściem. Nie ważny jest czas i miejsce, najważniejszy jest człowiek, któremu poświęca się maksimum uwagi i czasu.
Dla nas Rajska, Żmiąca – to miejsca, które stały się częścią naszego rodzinnego życia. Korzeniem naszego bycia razem. Panująca tam gościnna atmosfera zachęca do częstych odwiedzin. Wiemy już, że kiedyś znów powtórzymy tą drogę, aby móc rozmnożyć nasze szczęście.
Wierzymy i ufamy, iż dom zbudowany na tak mocnym fundamencie przetrwa i będzie służył pomocą tym, którzy go potrzebują. Dzięki temu miejscu, na twarzy setek osób po wielu cierpieniach, znów wraca uśmiech i pokój. To co dobre i piękne musi zwyciężyć, aby dać świadectwo prawdzie. W modlitwach dziękujemy Panu Bogu, za to, iż jest na ziemi takie miejsce.

Pozdrawiamy
Teresa i Marek K.


>>CZYTAJ DALEJ>>

 

Państwa refleksje prosimy przesyłać drogą mailową na adres: rajska10@dpd.pl lub kamader@wp.pl