
|
|
![]() |
CZĘŚĆ DRUGA
Daleko, daleko od Krakowa, w pięknym miejscu, położony wysoko w górach znajduje się szczególny dom... jedzie się tam cały czas w górę, wzdłuż sadów jabłoni, śpiewają ptaki, przyjaźnie szumią drzewa...
Kiedy pojechaliśmy tam pierwszy raz byliśmy mocno przestraszeni. Nie wiedzieliśmy czego się spodziewać. Tymczasem, tam - w białym domu na wysokiej górze, zetknęliśmy się zupełnie z innym światem, innym od naszych wyobrażeń o domu dziecka, innym od domów dziecka, które mieliśmy okazję widzieć. Światem, który nas zadziwił i okazał się dla nas bardzo przyjazny.
Żmiąca. To miejsce, gdzie zaprasza się na 5 weekendów rodziny pragnące zaadoptować dziecko. Rodziny, podobnie jak w innych ośrodkach, uczestniczą tam w szkoleniach, które są przeplatane kontaktami z mieszkającymi w Żmiącej dziećmi. - dziećmi w różnym wieku, z różnymi potrzebami, pragnieniami i marzeniami. Dla niektórych na początku kursu ten kontakt wydaje się być niezrozumiały. Rodzi się pytanie: po co? już po pierwszym pobycie wyjeżdża się ze innym pytaniem: jak to możliwe, że w innych ośrodkach nie ma kontaktu z dziećmi? Bo właśnie ten kontakt jest najcenniejszy i daje nam najwięcej. Dzieci pomagają pokonać lęk, jaki my dorośli mamy w sobie myśląc o dzieciach pochodzących ze środowisk patologicznych. Dzieci w Żmiącej są cudowne: pełne ciepła, humoru, pomysłów. Są otwarte, pomocne i dają nam, wkraczającym w ich życie duży kredyt zaufania. Mali podopieczni Żmiącej pomogli nam od pierwszych chwil poczuć się dobrze w ich domu, pozbyć się poczucia skrępowania, wyobcowania. Ich uśmiech, ciepła rączka, pomysły na zabawy spowodowały, że każdy weekend szybko mijał, a my wyjeżdżając czuliśmy się zaprzyjaźnieni i u siebie. Dzięki dzieciom niejeden uczestnik kursu odkrył w sobie także drzemiące talenty do malowania, muzyki lub zabaw sportowych. A przede wszystkim do bycia rodzicem.
W czasie pobytu w Żmiącej uczestnicy kursów mają niepowtarzalną okazję spotkać osoby, które już zaadoptowały dziecko lub dzieci. Ten kontakt jest zupełnie spontaniczny i nieplanowany przez organizatorów kursu. Bierze się z wewnętrznej potrzeby rodziców adopcyjnych, którzy szczęśliwie po ukończeniu kursu w Żmiącej stali rodzicami. Wraz ze swoimi dziećmi wracają, aby wspólnie kolejny już raz uczestniczyć w niedzielnej mszy świętej, która odbywa się w maleńkiej kapliczce. Wracają aby podzielić się swoimi doświadczeniami z uczestnikami kursu. Mówią o trudach i radości adopcji. Kontakt z nimi jest ogromnie cenny i wzruszający. Daje siłę wszystkim uczestnikom kursu, wyzwala energię na kolejne miesiące oczekiwań, a także pomaga pozbyć się wielu lęków.
5 weekendów to dużo. W czasie pobytu towarzyszą nam pracownicy ośrodka oraz wychowawcy dzieci. Prowadzą z nami liczne rozmowy, wspierają nas i podtrzymują na duchu. Dzięki stworzonej atmosferze również między uczestnikami kursu tworzy się wieź, zawiązują się przyjaźnie. Powstają naturalne grupy wsparcia, które mogą pomóc w kolejnych etapach adopcyjnej drogi.
Żmiąca to nie tylko biały dom na wysokiej górze otoczony sadem, lasem i polami. To nie tylko przystanek dla osieroconych dzieci, które poszukują swojego domu i kochających rodziców. To nie tylko kolejny etap dla nas, którzy jak najlepiej pragną przygotować się do bycia rodzicami adopcyjnymi. To miejsce prawdziwych spotkań wszystkich tych, dla których los osieroconych dzieci nie jest obojętny, którym zależy na tym, aby rozpoczęte „Dzieło Pomocy Dzieciom" było nadal kontynuowane.
Uczestnicy kursu
Anna, Marcin.M.
Działalność Ośrodka Opiekuńczo-Adopcyjnego w Żmiącej jest ze wszech miar inicjatywą potrzebną i niezbędną. To dzięki ludziom o wielkim sercu i niesamowitym zaangażowaniu, poświęcającym dzieciom całe swoje życie mogliśmy doświadczyć na własnej skórze emocje pozytywne i negatywne jakie związane są z sieroctwem społecznym. Po przeżyciu 5 weekendów pośród dzieci w Żmiącej zadaję sobie pytanie komu ten Ośrodek jest bardziej potrzebny - dzieciom czy kandydatom na rodziny adopcyjne. Odpowiedź nasuwa mi się sama - rodzinom adopcyjnym. Dzieci są niezwykle silne i poradzą sobie w różnych warunkach. Natomiast to my dorośli jesteśmy słabi, bardzo boimy się rzeczy, których nie znamy. Zawsze myślimy, że może być tylko gorzej. Natomiast Ośrodek w Żmiącej dał nam tę możliwość, aby przekonać się, że nawet z najbardziej tragicznie wyglądającej sytuacji jest jakieś pozytywne wyjście. Atmosfera panująca w tym miejscu napełniła nas jakąś niezwykle pozytywną energią, dodała nadziei, graniczącej z pewnością, lepszego jutra. Pracownicy tego Ośrodka pokazali nam jak można optymistycznie patrzeć w przyszłość. Ale takie efekty może osiągnąć tylko grupa pasjonatów z wielkim powołaniem i doświadczeniem życiowym, ludzi, dla których dobra dziecka jest wartością nadrzędną.
Ja osobiście nie wyobrażam sobie lepszej metody przygotowania się do rodzicielstwa adopcyjnego niż dogłębne zanurzenie się w morzu sieroctwa jakie oferuje Ośrodek w Żmiącej. Nawet najlepiej przygotowane wykłady teoretyczne, wykorzystujące zdobycze dzisiejszej techniki, prowadzone przez niekwestionowane autorytety w dziedzinie adopcji i psychologii są niczym w porównaniu z kilkoma chwilami spędzonymi z dziećmi tak bardzo skrzywdzonymi przez swoich najbliższych. To właśnie tylko Ośrodek w Żmiącej, przełamując wszelkie stereotypy, wypracował fantastyczne metody przygotowania kandydatów do podjęcia się trudnego zadania stworzenia nowych rodzin dla dzieci z bagażem doświadczeń, często trudnych do udźwignięcia przez osoby dorosłe. Oprócz wykładów teoretycznych mogliśmy w praktyce, na własnej skórze, doświadczyć wiele omawianych zagadnień. Byliśmy z dziećmi w chwilach radosnych, podczas zabawy, śmiechu i śpiewu, podczas wspólnych posiłków i spacerów. Mogliśmy doświadczyć także zupełnie innych emocji w chwilach, gdy dzieci pełne nadziei czekały na swoich rodziców, jak i w momentach przepełnionych goryczą rozczarowań, gdy rodzice ponownie zawiedli pokładane w nich oczekiwania. Podczas pierwszego dnia pobytu w Żmiącej bardzo dotknęła mnie sytuacja, że większość dzieci niezbyt cieszy się z wizyt swoich biologicznych rodziców, ale wchodząc w coraz głębsze relacje z dziećmi zrozumiałam, jak bardzo dzieci boją się kolejnego kłamstwa, kolejnej niespełnionej obietnicy, kolejnego zawodu i powrotu do często tragicznych warunków w jakich żyły. Widzieliśmy na jak różne sposoby dzieci to przeżywają, od płaczu i krzyku, po zamknięcie się w sobie i unikaniu kontaktu z innymi. Żadne wykłady teoretyczne nie były by w stanie wzbudzić we mnie tylu emocji, co doświadczenia tych kilku dni spędzonych w Żmiącej. Gdzie mogliśmy na bieżąco dzielić się swoimi odczuciami i zadawać pytania opiekunom, psychologom i pedagogom, a żadne z pytań nie pozostawało bez wyczerpującej odpowiedzi. Wieczorne spotkania z Panią Dyrektor zawsze napełniały nas otuchą i dodawały siły do podejmowania nowych wyzwań.
Niezwykle istotne i szalenie budujące były spotkania w ramach „Grupy Wsparcia" z rodzinami, które były na różnych etapach drogi adopcyjnej. Byliśmy uczestnikami bardzo wzruszającego i uroczystego momentu, gdy dzieci prosiły swoją nową rodzinę, aby zostali ich mamą i tatą. Później dzieci z nieskrywaną radością i dumą mówiły: „ To jest mój tata", „ To jest moja mama". Rozmawialiśmy z rodzinami, które już kilka lat wcześniej adoptowały dzieci, jak również z rodzinami, które były w trakcie nawiązywania kontaktu z wybranymi dziećmi. Mieliśmy wiele wątpliwości czy zdołamy poradzić sobie z tak dużym wyzwaniem jakim jest adopcja. Jednakże rozmowy z rodzinami, które przez to już przeszły napełniły nas nadzieją i wiarą, że naprawdę uda się i będzie dobrze, mimo, że jak to w życiu bywa z pewnością pojawią się gorsze i lepsze chwile. Spotkania te upewniły nas w przekonaniu, że podjęliśmy słuszną decyzję pragnąc zbudować nowy dom dla skrzywdzonego dziecka.
Zastanawiając się nad kwestią, czy metoda przegotowania kandydatów na rodziny adopcyjne przez Ośrodek w Żmiącej jest odpowiednia, mogę stwierdzić, że nie tylko jest odpowiednia, ale jest jedyną, jaką rozsądny człowiek może wybrać. Przecież nawet kupując samochód czy sweter, jedziemy na jazdę próbną czy też przymierzamy ubranie w przymierzalni. Chociaż decydujemy o błahych przedmiotach, które i tak za jakiś czas wymienimy na inne. A cóż dopiero podjęcie decyzji o przyjęciu dziecka do swojej rodziny. Decyzji jedynej, nieodwołalnej, decyzji na całe życie, na dobre i na złe !. To właśnie bardzo mądrzy ludzie ( w Ośrodku w Żmiącej) wymyślili sposób, aby kandydaci na rodziny adopcyjne mogli „przymierzyć się" do nowej roli, dotknąć problemów i spraw, które będą się przewijać przez całe przyszłe życie. Nie należy niszczyć czegoś co daje tyle dobrego nie tylko skrzywdzonym dzieciom, ale także rodzinom poszukującym swojej brakującej cząstki.
Pobyt w Żmiącej wlał w nasze serca bardzo dużo wiary we własne siły i nadziei na spełnienie marzeń i lepsze jutro. Wiemy, że życie to nie bajka i bywa różnie, że chwile radości przeplatają się z chwilami rozpaczy i zwątpienia. Ale po tych paru dniach spędzonych w Żmiącej bardziej wierzymy we własne siły i wiemy, że nawet najtrudniejsze sprawy mogą zakończyć się szczęśliwie. Podejrzewam, że gdyby nie było możliwości przebywania z dziećmi w środowisku, w którym czują się bezpiecznie, nie było rozmów z Panią Dyrektor, psychologami i wychowawcami, to po wysłuchaniu wykładów podjęlibyśmy decyzję o rezygnacji z dalszych etapów przygotowania. To właśnie ta „Góra Przemienień" powoduje, że człowiek bardziej dojrzewa i w zupełnie inny sposób zaczyna patrzeć na otaczający go świat. Wyrażam olbrzymią wdzięczność, że mogliśmy, dzięki Ośrodkowi w Żmiącej, być w środku wydarzeń, staliśmy się współprzeżywającymi, a nie patrzącymi na dziecięce rozterki z zza „szklanej szyby".
Przepełnieni wiarą we własne siły i możliwości oczekujemy na dalszy rozwój wydarzeń. Dobrze, że można wracać do Żmiącej i ogrzewać swoje serca w niesamowitej atmosferze stworzonego tam klimatu, za którym bardzo się tęskni.
M. R. i D.
Droga do ośrodka w Żmiącej wiedzie pod górę. Jest to zapowiedź tego, że od
tej pory dla nas też będzie pod górę. Ale to dostrzega się dopiero później.
Początkowo myśleliśmy, że najtrudniejsze jest podjęcie decyzji o chęci
adopcji. Cóż, z czasem okazuje się, ze to jest najprostsze. Od maja 2011
toczymy walkę z własnymi słabościami, walkę o to, aby stać się lepszymi
Rodzicami dla naszych Dzieci. Formę szkolenia weekendowego (5 kolejnych
spotkań przez soboty i niedziele) doceniłam, kiedy się zakończył ten cykl
spotkań. Początkowo podchodziłam do tego z obawą: jak to będzie, czy
potrafię się bawić z taką ilością dzieci (choćby z 4-5 na raz), kiedy każde
z nich będzie potrzebowało mojej uwagi, czy nie będę tym dzieciom robiła
jakiejś nadziei. No i przecież do tej pory w weekend zawsze miałam czas dla
siebie, poczytać książkę, iść na spacer z psami… Pierwsza sobota wszystko to
obaliła. To Dzieci bardzo dużo kształtują w wzajemnych relacjach. Ośrodek w
Żmiącej ma wypracowane swoje reguły, dzieci są doskonale zorientowane, po co
ciocie i wujkowie przyjeżdżają i jak można ich wykorzystać do wspólnych
zabaw, spacerów, rozmów. Nawet te najmłodsze szybko się uczą od starszych
J A ja
po pierwszym weekendzie przekonałam się że zmęczenie przy dzieciach jest
bardzo duże, ale potrafi też ładować pozytywnie i ze poradzę sobie z moim
lenistwem ;) Żmiącą trzeba poznać, aby móc ją zrozumieć. To jest normalne,
ale i wyjątkowe miejsce, dom i nie-dom, miejsce pełne miłości z niedosytem
prawdziwej rodziny, co jest bardzo ważne w procesie adopcyjnym.
Oto kilka obrazów, które są przed moimi oczami:
OBRAZ 1: K. jest smutno, jest mała, nie rozumie, dlaczego tata nie przyjechał. Z oczami pełnymi łez idzie do cioci Kasi Mader, która siedzi na jadalni i z kimś rozmawia. K. siada przy niej, ciocia ja przytula, obejmuje, nie przerywa rozmowy, ale mała K. staje się częścią jej, siedzi przytulona, przestaje płakać, zaczyna szukać wzrokiem, czym by się mogła zająć, po chwili biegnie na świetlice do pozostałych dzieci. Taka chwila codzienności, dziecko poczuło się ważne wśród dorosłych: może w każdej chwili podejść, nie przeszkadza, może podzielić się swoim smutkiem, radością. Kilka dni później, podobna sytuacja z nastoletnią K.: siada przy cioci i po prostu się przytula, coś szeptają do siebie, K. znowu się przytula, po chwili biegnie dalej do swoich spraw.
OBRAZ 2: Spacer z K., ma zły humor, marudzi. Zainteresowałam ją szyszkami w lesie, takie malutkie, pokazują, tłumaczę, że spadły z drzewa. K. ma buzie w podkówkę, po chwili mówi, że nazbiera szyszek dla cioci Kasi bo ona ją lubi.
OBRAZ 3: Podczas spotkania rodzin adopcyjnych dostaję pod opiekę rodzeństwo: K. i Z.. Z. to prawdziwa samosia, pomimo, że kilkuletnia, jest bardzo niezależna, uparta. Mam obiekcje czy potrafię się nią dobrze opiekować wśród tylu atrakcji dla dzieci. Mała Z. szybko uczy mnie, że opieka to nie jest chodzenie i trzymanie dziecka za rękę, dziecko musi mieć też swobodę. Opieka, to świadomość dziecka, ze jestem niedaleko, że zawsze może do mnie podbiec a ja czekam, patrzę, zareaguję. K. ma 6 lat, zupełnie „po dorosłemu” tłumaczę mu ze będę na placu zabaw z Z. i może teraz pograć w piłkę z chłopakami, ale ma do mnie wrócić za chwilę. Podbiega później zdyszany, podaję mu wodę, pije z roziskrzonymi oczami, po czym pyta, czy może dalej pograć. Oczywiście. Wieczorem Z. przytula się do mnie i mówi: moja ciocia… To bardzo wiele znaczy.
OBRAZ 4: Dzieci lubią jak się pamięta ich imiona. To wcale nie jest łatwe przy takiej gromadce. Obserwując dzieci, nauczyłam się, jak „się to robi”. Jeśli dziecko nie pamięta imiona np. mojego męża, to przychodzi do mnie i pyta: a jak twój wujek ma na imię? Szeptam konspiracyjnie na ucho: Paweł. Po czym dziecko biegnie i woła: wujku Paweł, wujku Paweł. Zaczęłam robić tak samo: pytam dziecko które znam z imienia, jak koleżanka czy kolega ma na imię ;)
OBRAZ 5: W kuchni w Żmiacej jest duży drewniany stół. Na jego widok przypomina mi się najczęściej wiersz Andrzeja Warzechy „Zamienię…” Życie przecież najczęściej toczy się przy stołach w kuchni. Przy kuchennym, żmiąckim stole w niedzielne popołudnie siedzi trzech chłopców, czytają książki, panie kucharki przygotowują powoli podwieczorek a może kolację, na chłopców ciągle zerka ciocia Donata, mówi do P.: czytaj powoli i wyraźnie, jednocześnie czochra K. włosy…
Po odbytym szkoleniu, otrzymaliśmy kwalifikację na rodziców adopcyjnych. Spróbowaliśmy nawiązać kontakt z trójką rodzeństwa: K. (11 lat), K. (8 lat) i K. (6 lat). Dzieci poznaliśmy w Żmiącej, ale przebywały one w zawodowej rodzinie zastępczej. W trakcie szkoleń chyba nie myśleliśmy o adopcji trójki dzieci i dodatkowo, stosunkowo dużych dzieci. Ale to jest właśnie Żmiąca: daje możliwość obcowania z dzieciakami, poznawania ich. I bywa, że po prostu dostrzega się coś w tych konkretnych dzieciach, nie ważny wiek czy liczebność rodzeństwa, po prostu coś przyciąga do dzieci, to z nimi chce się być, bawić, rozmawiać, przytulać. Uważam, ze bardzo słusznie wprowadzono zasadę, że w trakcie szkoleń nie możemy pytać o dzieci, które mają uregulowaną sytuacje prawną, które są do adopcji. Naszym celem podczas szkoleń jest otworzyć się na wszystkie dzieci, nie kierować się zasadą, ze bawię się tylko z tymi konkretnymi, bo te potencjalnie mogą być przez nas zaadoptowane. Czas szkolenia to czas na przemyślenie wielu spraw, oswajanie się z trudnościami w przyszłości, chęć słuchania, otworzenia się. To nie czas na wybór dziecka. Początkowo również bardzo silnie działają emocje: jest i euforia i łzy wzruszenia, i smutek. To nie są doradcy, przez to należy przejść, oswoić najróżniejsze uczucia, aby podejmując decyzję ze to TO dziecko czy dzieci, nie kierować się chwilą, ale oprócz serca umieć zaangażować również racjonalne myślenie.
Nie udało się nam nawiązać kontaktu ze wspomnianą trójką Dzieci, One nie chciały adopcji, miały już rodzinę, chciały w niej pozostać, tam im było dobrze, znały sytuację i nie chciały jej zmiany. Zrezygnowaliśmy… to było bardzo trudne… ale powodowało też wiele rozmów z moim Mężem, wiele wniosków, przemyśleń. Teraz, gdy minął jakiś czas, bardzo się cieszę, że trafiliśmy do tego właśnie Ośrodka Adopcyjnego. Podczas prób zbliżenia się do dzieci, cały czas mieliśmy wsparcie wśród pracowników. Telefony, nawet w późnych godzinach wieczornych, które nigdy nie pozostawały nieodebrane, czasami tylko po to, aby wysłuchać jak nam minął dzień z dziećmi. Rozmowy w Ośrodku na Rajskiej gdzie zawsze nas przyjmowano, rozmawiano, wyjaśniano postawę dzieci. Nie byliśmy z niczym sami. To my inicjowaliśmy spotkanie, nikt się nam nie narzucał, nie wypytywał, ale nigdy nie pozostawała bez odzewu nasza propozycja wspólnej rozmowy.
Nasze próby nawiązania kontaktu z Dziećmi będącymi w rodzinie zastępczej uzmysłowiły mi także, jak ważne jest przygotowanie psychiki dziecka na proces adopcji. Dzieci z rodziny zastępczej nie czuły takiej potrzeby, my cały czas byliśmy wrogami chcącymi ich zabrać z ich domu. W Ośrodku w Żmiącej bardzo dużo rozmawia się z dziećmi, przy wielu okazjach: oczekiwanie na nabożeństwo w kaplicy, wspólne spotkania na świetlicy lub w jadalni. Jest bardzo podkreślane, że czas spędzony tutaj (w Żmiącej), choć tymczasowy, nie jest czasem straconym: ucz się, stawaj się lepszym, pracuj. Będzie taki czas, że albo wrócisz do swoich rodziców, a jeśli to będzie niemożliwe, to znajdziemy dla ciebie nową rodzinę, nową mamę i tatę.
Ośrodek adopcyjno-opiekuńczy, patrząc pod kątem adopcji, ma dwa ważne zadania: znaleźć jak najlepszych nowych rodziców dla dzieci a jednocześnie przygotować dzieci na proces adopcji. Jest to trudne dla wszystkich trzech stron: Dzieci, Ośrodka i przyszłych Rodziców. Przeprowadzić taki proces tak, aby pomimo ciężkiej pracy, chętnie wracało się myślami do przeżytych chwil w trakcie przygotowania się do adopcji, aby sięgało się do otrzymanych rad, to wielka sztuka - właśnie dla Ośrodka.
My do Ośrodka na Rajskiej trafiliśmy zupełnie przypadkiem, to był pierwszy adres, który znaleźliśmy w Internecie, zadzwoniliśmy, umówiliśmy się na pierwsze spotkanie. I mam wrażenie, ze od tej pory los prowadzi nas może i drogą pod górkę, ale cały czas ku temu, aby zostać dobrymi Rodzicami dla naszych Dzieci. A kierunkowskazy i znaki ostrzegawcze rozmieszczone jak najdokładniej na tej drodze umieszcza właśnie Rajska :-)
Katarzyna
DZIĘKUJEMY -takie słowa jako pierwsze nasuwają się na usta gdy myślimy o spotkaniach na Rajskiej i szkoleniach w Żmiącej. Gdy ponad rok temu podjęliśmy decyzje o adopcji zapukaliśmy do drzwi Ośrodka przy ul. Rajskiej, pełni obaw, nie wiedzieliśmy co tak naprawdę nas czeka, ile to będzie trwało jakie wymagania ma ten Ośrodek. Po pierwszym spotkaniu dowiedzieliśmy się jakie dokumenty trzeba dostarczyć i że będą testy, rozmowy, wywiad środowiskowy i spotkania w Żmiącej. To wszystko pozwoliło Ośrodkowi poznać nas ocenić jakimi jesteśmy ludźmi i jakimi będziemy rodzicami. A nam pozwoliło rozwiać wszystkie wątpliwości, jakie jeszcze do niedawna były. Po każdym spotkaniu z prawnikiem, pedagogiem czy psychologiem znikały nasze niepokoje .Wiemy jak prawidłowo powinno rozwijać się dziecko, w jaki sposób bawić się żeby dziecko przy okazji się uczyło, jak dbać o Nie. Mieliśmy możliwość rozmowy z rodzicami, którzy adoptowali już dzieci ,mogliśmy się dowiedzieć co tak naprawdę Ci ludzie przeżyli, jak wiele szczęśliwych chwil, bo o tych złych chwilach się szybko zapomina. Wszystkiego nie da się opisać słowami, trzeba po prostu to przeżyć, pobyć z tymi dziećmi, zarazić się tą miłością. Teraz jesteśmy w ciąży adopcyjnej i ze spokojem miłością i radością czekamy na narodziny naszego dziecka. Chciałabym, żeby każdy kto podejmuje decyzje o adopcji, trafił do takiego ośrodka jak ten i mógł poznać dzieci, które tam mieszkają i znaleźć cząstkę siebie. Takie ośrodki pomagają dzieciom, ale też nam, osobom, które pragną zostać rodzicami.
Z szacunkiem: Jolanta i Robert
PODZIĘKOWANIE
Adopcja – w pewnym etapie naszego małżeństwa padło to słowo.
Podjęliśmy decyzje świadomie , ale pełni obaw.
Szukaliśmy odpowiedniego ośrodka i trafiliśmy na Rajską do Ośrodka Adopcyjno-Opiekuńczego „Dzieło Pomocy Dzieciom”
Już po pierwszej rozmowie wiedzieliśmy że wybraliśmy najlepszy, rozmowa przebiegła miło , ciepło wyszliśmy troszkę podbudowani , ale obawy zostały.
Przed następną rozmową był lekki niepokój , ale czuliśmy że już odwrotu nie ma.
Rozmowy były trudne , ale potrzebne , np. rozmowa z Panią psycholog pomogła mi uwierzyć w siebie.
Nadszedł czas , kiedy mieliśmy spędzić 5 weekendów w ośrodku w Żmiącej i tu znowu stres , czy damy rade , czy podołamy.
Pierwszy weekend był najbardziej stresujący, nowe wyzwanie , ale daliśmy radę , Dzieci tak wspaniale rozładowały stres , potem rozmowy wspólne z innymi parami , to naprawdę wspaniała rzecz .
Zawsze bałam się odwiedzać takie miejsca , ale po wizytach w Żmiącej, teraz wiem że niesłusznie . Nie wiem może to ta atmosfera , jaka tam panuje. Ten ośrodek jest bardzo fajnie prowadzony.
Dzieci mają bardzo dobrą opiekę , mają zakazy , ale również fajną zabawę .Uczone są wszystkiego począwszy od ścielenia łóżka , pilnowania porządku, kończywszy na pomaganiu sobie nawzajem.
Organizowane są dla dzieci kolonie , ferie , wielu wolontariuszy pomaga i te spotkania Dzieci z Rodzinami adopcyjnymi i Przyjaciółmi - wspaniała sprawa .
Osobiście byliśmy na takim pikniku , który jest co roku organizowany –po prostu tego nie da się opisać, to trzeba zobaczyć , aż się łezka w oku kręci. Po prostu super zabawa i Dla Dzieci i dla Dorosłych , naprawdę super sprawa .
Razem z mężem z pobytu w Żmiącej wynieśliśmy wiele , zobaczyliśmy się w nowych rolach i to zostanie w nas do końca .
Teraz wiemy że jesteśmy przygotowani do nowej roli czyli rodziców .
Po moich
obserwacjach myślę że Dzieci oczekujące na Nowych Rodziców w Żmiącej mają
ciepłą przystań .
Dziękujemy wszystkim , którzy tam pracują , pomagają –nie wymieniam nikogo ,
bo tak naprawdę to tam wszyscy tworzą jedną, wielką, wspaniałą Rodzinę i
tworzą tę wspaniałą atmosferę.
Dziękujemy
Monika i Edward
<<POPRZEDNIA
STRONA
NASTĘPNA
STRONA>>
Państwa refleksje prosimy przesyłać drogą
mailową na adres: rajska10@dpd.pl lub
kamader@wp.pl
